RSS
wtorek, 30 czerwca 2009
Wiele osób trzęsie głowami nad upadkiem naszej polityki do poziomu pop, nad sprowadzaniem jej do bulwarowych sensacji i skandalików. Moje odczucia w tej kwestii są ambiwalentne. To prawda, że nawet artykuły w 'normalnych' gazetach zdążają do poziomu newsów z onetu, pardonu czy politbiura, ale nie jestem pewien czy należy nad tym ręce załamywać.

Najtęższe umysły nie zdołały rozgryźć na jakiej podstawie ludzie podejmuja decyzje - zwłaszcza polityczne. Jednak przeciętny intelektualista domaga się, żeby o politycznych sympatiach i wyborach decydował głęboki namysł nad ideologią i programem partii czy konkretnego polityka, a jeszcze lepiej: szczegółowa analiza wszystkich działań politycznych podmiotu. Na to, oczywiście, nikt nie ma czasu. Co więcej, w chwilach cynizmu wydaje mi się to sposobem zupełnie bezużytecznym, jako że politycy zmieniają poglądy na bieżące problemy częściej niż skarpetki, programów partyjnych nikt i tak nie realizuje, a długoterminowe śledzenie działalności partii czy polityka może nas przyprawić o zapędy anarchistyczno-rewolucyjne.

Jakiś szczwany socjolog polityki (byłbym milionerem gdybym dostawał złotówke za każde ważne nazwisko które zapomniałem) powiedział, że oceniając polityków koncentrujemy się nie na ich poglądach politycznych tylko na cechach charakteru które im przypisujemy. Słusznie nie dowierzamy pięknym słowom płynącym z ich ust i tłustym kiełbasom wyborczym, za to próbujemy przeniknąć oficjalną maskę i dowiedzieć się, jacy są naprawdę - uczciwi, pracowici, zabawowi, twardzi, głupawi, religijni, dystyngowani, everymani? Na takiej podstawie trafniej możemy przewidzieć czy spodoba nam się ich polityczna działalność, niż czytając dęte programy.

Być może to prawda, być może śledzenie polityki z punktu widzenia bulwarówki daje nam lepsze podstawy do decyzji, a odejście od górnolotnej mowy-trawy zrywa złudzenie, że politycy są wszechwiedzącymi mózgowcami. Z drugiej strony jednak chcielibyśmy żeby istniała debata publiczna na ważne tematy, żeby obywatele brali w nie udział, lub chociaż śledzili wykuwanie się konsensusu na temat Unii, aborcji, podatków. Profesorze, co mam zrobić z rękami - załamywać, czy raczej nimi machnąć?

Docent Manat
15:47, dwublog
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 19 kwietnia 2009

Refleksja: z połączenia informatyka z biurokrata powstaje stwór piekielny. Dzisiejsza notka będzie o biurokracji. Niestety przez ostatnie kilka dni miałem z nią przerażająco dużo do czynienia. Pracowałem w pewnym miejscu gdzie żeby rozliczyć 9 zlotowy wydatek na taksówkę musiałem wypełnić druczek na delegacje, wpisać tam 3 razy dane osobowe i 5 razy się podpisać.

Pisze tą notkę wracając z tego miejsca, tuz po przeczytaniu felietonu w GW, w którym autor opisuje procedurę starania się o pozwolenie budowy domku letniskowego. Podejrzewam ze takim domek można postawić w 3 tygodnie, i w drugie 3 tygodnie go zburzyć. Pięknie, tylko ze starać się o pozwolenie na te czynności musimy starać się kilka miesięcy. Czemu? w końcu buduje na mojej własnej prywatnej ziemi, dlaczego żeby cokolwiek na niej zrobić, musze przyjmować pokorna minę przed dziesiątkami urzędników? Ok, rozumiem, że cześć pozwoleń, ma chronić współobywateli (jak przypomina mi może zbyt często moja znajoma nie żyje na bezludnej wyspie) przed ludźmi, którzy chcą postawić na swojej leśnej działce spalarnie śmieci.

I tu właśnie dochodzimy do sedna problemu. Podobno żyjemy w państwie prawa. Jedną z podstawowych zasad takiego państwa jest założenie o niewinności obywatela. Niby tak jest, ale moim zdaniem wraz z rozrostem biurokracji i papierkofilii dokonuje się pewna przemiana jakościowa. Obywatel nie jest już niewinny. Urząd zakłada, że chcemy wybudować spalarnie śmieci i to naszym obowiązkiem jest przy pomocy stosu papierków udowodnić, że tego nie chcemy.

Wiem nie mieszkamy na bezludnych wyspach, ale czy naprawdę w interesie wspólnoty jest oskarżanie tego jej członka, który próbuje coś zrobić ( zazwyczaj to działania prowadzą nas do urzędów) działając prewencyjnie w obronie tych, którzy nic nie robią?

Z drugiej strony, jeżeli przerzucimy obowiązek udowadniania „budowy spalarni” na urzędy, te rozrosną się jeszcze bardziej i zjedzą nas tak doszczętnie, że nawet druczek „uiszczone ryczałtem” nam nie pomoże. Widzisz jakieś wyjście drogi docencie?

Prof. Diugoń

Biurokracja jest jak demokracja, Panie profesorze. Straszliwe systemy, ale najlepsze z dotychczas wymyślonych.

Jak zauważyłeś, w większości przypadków biurokracja i powodujące ją mnogie czynności administracyjne to zabezpieczenie przed czarnym scenariuszem. Rutynowe wypełnianie druczków delegacji i piętrzenie papierów  zabezpiecza przed niewyjaśnionym wypływem pieniędzy z organizacji. Niestety biurokracja, jak każde ubezpieczenie, kosztuje wiecej niż wypłaca.

Rozważając reformę biurokracji państwowej, dochodzę do wniosku, że przede wszystkim brakuje jej mechanizmu samonaprawy, brakuje jej zachęty do doskonalenia się. Ach, gdyby tak można było wprowadzić konkurencję rynkową do sfery administracji państwowej... Outsource'ować biurokrację państwową na wzór firm outsorce'ujących swoją księgowość i uzyskać wiele modeli konkurujących ze sobą w dziedzinie efektywności!

Docent Manat

21:40, dwublog
Link Komentarze (2) »
piątek, 27 marca 2009
Nie mam żadnych wątpliwości, że nadejdzie dzień w którym proces przedłużania gatunku zostanie uniezależniony od jednostek - i vice versa, z jednostek zostanie zdjęte brzemię rozmnażania. Opracujemy metody hodowli ludzi, które zdejmą niewolniczy przymus macierzyństwa z płci żeńskiej.

To otworzy drogę do pełnej unifikacji płci, połączenia cech stereotypicznie żeńskich i męskich w jednym wzorcu osobowym! Już dziś znaczna część cech i czynności niegdyś zastrzeżonych dla jednej z płci, jest otwarta również dla drugiej, ale całkowite przełamanie monopolu i tabu płci jeszcze przed nami.
Nie twierdzę naturalnie, że ludzie staną się nieodróżnialni - statystyczne różnice w skłonnościach i preferencjach płci są warunkowane biologicznie, więc częściowo niezmienne. Chodzi jedynie o otwarcie pewnych możliwości rozwoju i ekspresji, które moim zdaniem dokona się kiedy proces rodzenia i wychowania nie będzie przywiązany do jednej płci.

Słowo więcej na temat 'monopolu', o którym wspominałem. Uważam, że na polu zachowań społecznych to specyficzny rynek, na którym konkurują ze sobą rozmaite wzory i metody osiągania celów. Pewne nisze tego rynku są zamknięte dla części aktorów. Uwolnienie tych obszarów spod protekcjonizmu
płciowego doda nowe elementy do puli zachowań oraz zwiększy konkurencję, która przełoży się na większy dynamizm rynku i lepsze efekty.

Przyszłość jest świetlana! Z tym okrzykiem odkładam pióro, aby dać pole Twoim gromom i zgorszeniu, drogi Profesorze.

Docent Manat

 

Ludzie potrzebują szufladkowania. Kultyści Freuda spod znaku psychologii nazywają to mądrze etykietowaniem, wymyślają do tego skomplikowane mechanizmy i próbują je opisać. Zazwyczaj im nie wychodzi. Nie zmienia to jednak faktu, że po prostu potrzebujemy tego. Dzielimy ludzi na swoich i obcych, nas i „onych” etc etc.

Dlatego tez dziewczynki owijane są w różowe kocyki a chłopcy w niebieskie. Rodzice postawieni przed nieogarnionym ogromem problemów wychowania dziecka, etykietują. Pomagają sobie przez to wywołać właściwe procesy wychowawcze zakorzenione w naszej kulturze.

Prawda jest ze zachodzące zmiany technologiczne, a co za tym idzie kulturowe (to zawsze idzie w tą stronę) sprawiają ze coraz ważniejsze staje się w wypadku płci „samoetykietowanie” - czyli „gender” a nie „sex”. Nie oznacza to jednak tak jak twierdzi szanowny docent, ze płcie stopią się w jedną. Wręcz przeciwnie. Nastąpi, a w zasadzie nastąpiło już wyodrębnienie dodatkowych „genderowych plci”. Na podstawie anegdoty opowiedzianej kiedyś przez prof. Środę można określić ich ilość na około 26 albo 18..... w każdym bądź razie mnogo. I to się nie zmieni.. Nadal na różnych etapach życia będziemy potrzebowali sięgać po pomoc etykietowania i stojących za tym rozwiązań kulturowych. Obojętnie czy będziemy nazywać się dziewczynka czy TV/CD czy cokolwiek. Etykiety dają, bowiem ludziom bezpieczeństwo, a pełna unifikacja, tak jak pełna wolność wzbudza strach.

Wciąż jednopłciowy Profesor Diugoń

12:52, dwublog
Link Komentarze (7) »
niedziela, 15 marca 2009
Kiedy spytano Konfucjusza od czego zacząłby rządy w państwie odpowiedział „od uporządkowania pojęć” Myśl ta jakże bliska XX wiecznej filozofii europejskiej jest póki co jedyną użyteczną „mądrością wschodu” jaką znalazłem. Uzbrojony w nią podejmę się wiec dzieła, na które mało doktoratu. Uporządkowania polskiej sceny politycznej wg jakiegoś sensownego klucza.

Pojęcia „prawicy” i „lewicy” są zbyt ogólne, często wewnętrznie sprzeczne, nie nadają się nawet do krótkiej blogowej analizy. Będę wiec oceniał wg dwóch kategorii. Poglądy ekonomiczno – gospodarcze, oraz koncepcja światopoglądowa.

PSL- Gospodarczy program tej partii jest równie tajemniczy jak postacie z glebie litewskich legend. Jednakże mimo pewnego flirtu z liberalizmem, dbają głownie o interesy jednej grupy społecznej, co jest swoistego rodzaju socjalizmem. Światopoglądowo konserwatywna do bólu, niechętna nowościom, przywiązana do moralności „chłopa polskiego”. Partia socjalno-konserwatywna.

SLD- W zasadzie należałoby zapytać które? Olejniczaka czy Napieralskiego? Poglądy tej partii na gospodarkę są co najmniej niejasne. Zarówno te przejawiane w czasach rządzenia jak i teraz, a inicjatywy podejmowane przez nich często sprzeczne. Centryści? Światopoglądowo sytuacja jest przynajmniej jasna. Zdecydowani liberałowie opowiadający się za prawem do aborcji, rozdziałem tronu i ołtarza itd. Partia centrystyczno-Liberalna.

PiS- Silna władza państwa, niechęć do prywatyzacji. Biurokracja do granic absurdu. To drogi czytelniku są bez wszelkich wątpliwości oznaki socjalizmu. Światopoglądowa konserwa! Bardziej niż cokolwiek innego. Socjal-konserwatysci.

PO – Nie bardzo im wychodzi. Nie bardzo nawet widać ze chcą, ale jakoś tak czasem tyłem do przodu, czasem bokiem, ale jednak to gospodarczy liberałowie (w większości). Ostatnio wydają się raczej ochładzać flirt z kościołem, jaki miał miejsce za czasów opozycji. Widać to chociażby w reakcji kierownictwa na pomysły posła Gowina na temat: in vitro. Tenże poseł pokazuje jednak że skrzydło konserwatywne jest nadal silne. Partia na konserwatywna utylitarnie na tyle by nie tracić popularności.

I co nam wychodzi? Rządzi ponoć prawicowa koalicja partii Socjalistyczno- konserwatywnej z Liberalno-Konserwatwna. Skracamy i wychodzą nam konserwatywni Socjal-liberalowie. W opozycji mamy nazywanych prawica konserwatywnych socjalistów i.... i w tym momencie autor stwierdza jednak ze wypisuje bzdury. Ten język nie nadaje się do opisu polskiej sceny politycznej. Nie udało mi się uporządkować pojęć. Apeluje wiec do docenta Manata i czytelników o POMOC!

Zrozpaczony
Profesor Diugoń  

Chętnie nawiązałbym tu do Konfucjusza, jego pięciu powinności i pięciu cnót człowieka, albo demonstrował stosowanie koncepcji 'wu wei' w polityce na przykładzie naszej sceny politycznej - i ogólnie rzecz biorąc szeroko popisywał się wiedzą w zakresie chińskich koncepcji społecznych - konfucjanizmu, Lao Tze, Mo Tzu, szkoły legistów, etc.

Niestety nasza rzeczywistość polityczna niewiele ma wspólnego z różnymi abstrakcyjnymi i uczonymi koncepcjami. Nie daje się też moim zdaniem uporządkować w kategorie oparte na światopoglądzie (tj. liberalizm, socjalizm, etc). Nie tak dawno temu Gazeta Wyborcza opublikowała wyniki ankiet przeprowadzonych w czasie zjazdów wojewódzkich SLD1. 70% przebadanych działaczy SLD uważało, że państwo nie powinno interweniować w gospodarkę. Jedna trzecia chciałaby wprowadzić podatek liniowy, a tyle samo uważa, że homoseksualizm jest niezgodny z naturą ludzką. Dodajmy do tego jeszcze 45% popierające przywrócenie kary śmierci i otrzymujemy obraz partii liberalno-konserwatywnej, ew. liberalno-centrowej.

Podejrzewam, że podobny mętlik poglądów można by znaleźć w innych partiach, ponieważ (hipoteza:) nasze partie są oparte na kolesiostwie, a nie na wspólnocie ideałów. Ludzie przyłączają się do partii na podstawie kręgów towarzyskich w których się obracają, klasy społecznej, ogłady i sposobu spędzania wolnego czasu. Renata Beger należy do Samoobrony nie z powodu szczególnie gorących poglądów, ale dlatego że jest burakiem. Innymi słowy, nasze partie to rodzaj klubu towarzyskiego. To chyba jedyne wytłumaczenie fenomenu takiego jak Gowin w PO i (napełniająca mnie zgrozą) koncepcja wystawienia Krzaklewskiego do europarlamentu z ramienia PO.

Docent Manat

 

1)
wyborcza.pl/1,76842,5958602,Sojusz_od_Lewicy_Daleko.html

00:22, dwublog
Link Komentarze (1) »
sobota, 14 marca 2009

W kilku słowach wyjasnię dlaczego zapłodnienie in vitro i manipulację genomem ludzkiego zarodka uważam za praktykę nie tylko dozwoloną, ale wręcz niezbędną - praktykę w której powinniśmy jak najszybciej osiągnąć jak największą sprawność.

Mechanizm ewolucyjnego doskonalenia opiera się jak wiadomo na zasadzie rozmnażania - wzorce najbardziej płodne są najszerzej obecne w kolejnym pokoleniu. Kto dziś płodzi najwięcej potomstwa? Nie ludzie o potwierdzonej sprawności działania w społeczeństwie, wykształceni, ze zdolnościami wykazanymi przez sukcesy na polu naukowym, biznesowym czy dowolnym innym. Najwięcej potomstwa płodzą ludzie o najniższym statusie społecznym. Naturalnie nie twierdzę, że wszyscy z nich to kretyni o niskich możliwościach - ale statystycznie grupa ludzi z nizin społecznych będzie się charakteryzowała mniejszymi zdolnościami niż grupa ludzi o wybitnych osiągnięciach.

Jeżeli chcemy, żeby przyszłe pokolenia rozwijały cechy takie jak zdolność analitycznego myślenia, twórczość, sprawność umysłowa etc. etc., musimy sami zacząć promować takie cechy, programując je w genomie, ponieważ naturalne procesy tego nie gwarantują. Wzywam zatem do śmiałych i dogłębnych badań nad genomem ludzkim oraz manipulacją zarodków!

Docent Manat
zwany tez antypapieżem

 

Dwie sprawy. Po pierwsze i mniej ważne, pragnąłbym przypomnieć docentowi, iż nie żyjemy w kraju Rad i pewna epoka bezpowrotnie już minęła. W związku z tym uprasza się o nie powoływanie się na łysenkizm. Cechy nabyte nie przenoszą się genetycznie! Tak, więc wykształcenie, sukces biznesowy itd. Nie mają dla ewolucji żadnego znaczenia. Poza tym skoro już przywołałeś ten argument to bez skrupułów pozwolę sobie obrócić go przeciwko tobie. Skoro osoba X mam problemy z płodnością to patrząc z punktu widzenia ewolucji nie może i nie powinna przekazywać swoich genów dalej.  

Teraz krótka dygresja na temat In vitro w kontekście rozwiązań prawnych. Dlaczego nie strzelacie? – Spytał cesarz podjeżdżając do baterii artyleryjskiej. – Po pierwsze nie mamy armat…..- Padła odpowiedź. I tak też jest z problemem In vitro w Polsce. Po pierwsze nie mamy armat, czyli pieniędzy. Takie było stanowisko Min. zdrowia na samym początku tego sporu. I takie pewno pozostałoby gdyby nie naciski opinii publicznej. Dyskusje o tym, jak, komu i czy w ogóle należy odłożyć do czasu, kiedy sytuacja budżetowa się poprawi. 

A teraz obiecana sprawa druga. Tu niestety będę musiał, choć tego nie znoszę wystąpić pryncypialnie. Saper myli się tylko raz, głosi stare przysłowie pszczół. To, co proponujesz byłoby swojego rodzaju próbą pomylenia się po raz drugi. Od „Pozytywnej Eugeniki”, bo w istocie tym właśnie jest twoja propozycja, tylko krok do mówienia o „wyższości rasy” itd. Nasza cywilizacja już raz wpakowała się w dokładnie to i dlatego nie powinniśmy nawet myśleć o czymś podobnym, ani używać argumentów, które mogą do tego prowadzić. Starczy, że UE opracowała już najlepszy i uniwersalny model stołka rzeźnickiego, z którego korzystać muszą wszyscy. Nie chce podsuwać jej pomysłu na opracowanie najlepszego modelu genom człowieka i wdrożenia go do masowej produkcji. Dlatego takim rozważaniom zahaczającym o eugenikę mówię wyraźne NIE. 

Profesor Diugoń

(saper papista artylerzysta)

01:34, dwublog
Link Dodaj komentarz »
środa, 14 stycznia 2009

Społeczeństwo? najwyższym możliwym bytem? resztki włosów na głowie zjeżyły mi sie gdy usłyszałem takie stwierdzenie z ust szanownego docenta. Jakże to można tak gloryfikować? Niedopuszczalne! postaram sie wiec pokazać dlaczego...

Społeczeństwo[1]: „Każdy zbiór pojedynczych istot ludzkich, które wchodzą miedzy sobą w usystematyzowane interakcje, określające kryteria członkostwa....” Oksfordzki słownik[2] podaje natomiast ze jest to „grupa osób które maja wspólna kulturę, zajmują określony obszar i maja poczucie przynależności do zjednoczonej i odrębnej całość” Społeczeństwo definiujemy wiec jako grupę jednostek, które łączy „cos” określane juz w zależności od zajmującego sie tym socjologa. Nie mam tu wątpliwości ze społeczeństwo jest z natury emergentne (tzn. posiada cechy których nie posiadają jego elementy składowe- jednostki)

Rozumiem wiec ze „doskonałość” i ogólna pluszowość społeczeństwa byłaby właśnie taka cecha. Wszak szlachetny Docent nie zechce zapewne takich zaszczytów przyznać jednostkom?

I tu właśnie tkwi problem. Grupa ludzi nie jest bowiem tworem zasługującym na szacunek niż jednostka. Dlaczego? odpowiadając w olbrzymim skrócie. Relacje miedzy jednostkami, wewnątrz grupy są relacjami o charakterze cywilizowanym. Relacje, w które wchodzi grupa są zawsze z natury barbarzyńskie. Przykład. Przeciętny Górnik może być osoba mila i pluszowa, która staruszkę przez jezdnie przeprowadzi i jeszcze podzieli sie z nią ostatnia bulka. Górnicy jako grupa są w stanie pójść z kilofami na sejm demolując miasto i domagając sie przywilejów dla swojej grupy! wszak należy sie im, a nie grupie emerytów (której jednostką jest juz wspominana staruszka) Ale przecież oni nie występują przeciwko staruszce występują przeciwko bezosobowej grupie emerytów wiec wszystko jest ok.

Barbarzyństwo – to ono jest cecha emergentną dla jednostek tworzących grupę. Jego przekleństwem. Zachęcam do sprawdzenia jak bardzo podobne są definicje grupy, społeczeństwa i gangu.

Na koniec zacytuje profesora de la Paz (uścisk reki prezesa dla tego kto powie kim jest ta postać) „W jakiej sytuacji musimy uznać ze grupa może zrobić cos co uznalibyśmy za niedopuszczalne dla jednostki?” i zachęcę wszystkich czytelników ( a zwłaszcza Ciebie Docencie) do odpowiedzi na to pytanie.

Profesor Diugoń

[1] Słownik myśli politycznej Roger Scruton wyd. Zysk i S-ka Poznań 2002
[2] Słownik socjologii i nauk społecznych Wydawnictwo naukowe PWN SA warszawa 2004

Drogi profesorze! Dziś będę straszny - zacznę od końca. (Początek pozwolę sobie pominąć, jako że teoria tłumu była już mocno rozwijana i krytykowana, a jako mało analityczna, nigdy mnie nie pociągała.)

Pozwolę sobie powtórzyć postawione przez Ciebie pytanie fikcyjnego profesora de la Paz- "W jakiej styuacji musimy uznać, że grupa może zrobić coś, co uznalibysmy za niedopuszczalne dla jednostki?" Moja odpowiedź: w sytuacji podejmowania decyzji odnoszących się do tejże grupy, w szczególności wyznaczania zasad rządzących funkcjonowaniem tej grupy.

Dalej - moim zdaniem cywilizacja, nie barbarzyństwo jest cechą emergentna grup - wydaje mi się, że rzeczywistość potwierdza moją tezę (tym lepiej dla rzeczywistości!). Wystarczy wyjrzeć za okno - ta niezwykle zaawansowana funkcjonalnie i technologicznie machina to nie jest to dzieło genialnej jednostki, ale ewolucji społeczeństwa.

Docieramy w ten sposób do sedna nieporozumienia które dostrzegam w naszej wymianie opinii. Wielbię społeczeństwo nie dlatego, że jest grupą, ale dlatego że działa jak organizm. Rozwija się, ewoluuje, dostosowuje do zmieniających warunków, wciąż doskonaląc.

Można to dostrzegać, można to ignorować. Nie można jednak temu zaprzeczyć, kiedy się spojrzy wstecz, na nieprawdopodobny rozwój homo sapiens sapiens, które stworzyło meta-strukturę. Jednostki są funkcjonalnymi częściami tej struktury, ale jej działania nie rozumieją ani nie potrafią przewidzieć.

 

Docent Manat

 

 

 

13:01, dwublog
Link Komentarze (3) »
niedziela, 04 stycznia 2009

I znów do napisania notki popchnęły mnie tak zwane “doniesienia medialne” Największe polskie serwisy internetowe radośnie doniosły, że w Wielkiej Brytanii testowany jest właśnie system ograniczeń prędkości w samochodach. Sprytne to urządzenie sprzężone z GPS-em będzie sprawdzało, jaka prędkość jest na danej drodze dozwolona i automatycznie ograniczało do takiej maksymalna prędkość samochodu. Strrrraszne. 

Na szczęście nie zgodzi się na wprowadzenie tego żadna drogówka, żyjąca przecież z mandatów za przekraczanie prędkości. Na szczęście w dwie godziny po wprowadzeniu tych urządzeń do seryjnie produkowanych samochodów jakiś sprytny Tajwański inżynier wymyśli, że przecież wystarczy przelutować dwa druciki i już całe urządzenie szlag trafi. I na szczęście z paru innych powodów na razie jeszcze nie musimy się martwic. Niemniej jednak mnie taka perspektywa przeraża. Coraz bardziej zbliża świat do tego, który znaliśmy dotychczas tylko z powieści SF obrazujących totalitarne państwa przyszłości. 

Dlatego mam do Ciebie drogi Docencie dwa pytania. Czy ciebie też to przeraża? I to bardziej zasadnicze. Na ile rząd ma prawo ograniczać obywateli w ich możliwości łamania prawa? Rozumiem, że może podjąć niemalże wszelkie wysiłki żeby nie dopuścić do popełnienia morderstwa czy gwałtu, nie będę protestował. Ale Np. problem zapinania pasów? Czy rząd mógłby wymóc na producentach obowiązek produkcji takich samochodów, które nie ruszą bez zapiętych pasów? Powstaje tu też problem poboczny – moralności. Jak wiadomo tam gdzie nie ma wyboru nie można mówić o dobrze ani złu tylko konieczności. Kiedy więc jesteśmy pozbawiani wyboru pozbawia się nas również „kawałka” moralności. 

A święty Augustyn patrzy na to wszystko i zaciera ręce z radości. W końcu to on wymyślił że prawdziwie wolny jest ten kto ze swojej wolności zrezygnuje w imię Boże. A my dokonujemy coraz większej deifikacji społeczeństwa.

 Profesor Diugoń 

 

Nie lubię używać pojęcia ‘moralność’, ponieważ wiąże się ono z całym zestawem częstokroć absurdalnych społecznych ocen, tabu i nakazów. Moralność mnie nie interesuje, a w tej sytuacji dostrzegam raczej dylemat etyczny: czy słuszne jest narażać życie innego człowieka dla szybszej jazdy, czy ten, kto wpadnie pod koła rozpędzonego samochodu sam jest sobie winien i czy słuszną karą za taki czyn jest kara śmierci. O karze śmierci tu mowa, ponieważ człowiek potrącony przez samochód jadący z prędkością 50 km/h zostaje zabity z prawdopodobieństwem 90%. Przy 30 km/h prawdopodobieństwo wymierzenia kary śmierci za wejście na jezdnię wynosi 10%. Kierowca, który przekracza 50 km/h nie tylko ma zawężone pole widzenia, ale też drogę hamowania wydłużoną proporcjonalnie do kwadratu (!) prędkości – więc droga hamowania rośnie gwałtowniej niż prędkość.

Jeżeli zatem zdecydujemy, dla przykładu, że nie chcemy karać śmiercią 9 z 10 ludzi, którzy weszli na jezdnię, to uważam, że powinniśmy podjąć wszelkie możliwe kroki, aby tych ludzi uratować. Nie widzę tu totalitaryzmu, nie widzę dlaczego mielibyśmy podejmować inne środki wobec groźby śmierci człowieka w zaułku, a inne wobec śmierci pod kołami.

Co do podejmowania tej decyzji w Sejmie zamiast w sumieniu, argumenty mam dwa – natury ogólnej i szczególnej. Natury ogólnej: wydaje mi się, że jeśli chodzi o ratowanie życia mamy konsensus społeczny i Sejm będzie tu realizował powszechnie akceptowane zasady etyczne. Natury szczególnej: gdybym miał wybór, nie pozostawiłbym decyzji między moją 10% a 60% szansą przeżycia sumieniu losowego obywatela - niech będzie, że w myśl zasady, iż jego wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się moja.

Jeśli chodzi o deifikację społeczeństwa – wspominałem już chyba, że uważam społeczeństwo za najdoskonalszy istniejący byt..? :)

Docent Manat

15:07, dwublog
Link Komentarze (4) »
wtorek, 23 grudnia 2008

Chciałbym, aby mój uczony kolega - jako że para się filozofią - wyjaśnił mi, dlaczego przyjmujemy milczące założenie, że wszystkich ludzi, wszak nierównych sobie, uważamy za stosowne traktować równo.

Moja błyskotliwość dostrzega tu dwa możliwe powody, z których żaden nie byłby powodem do chluby dla systemu egalitarnego.

Po pierwsze, może być tak, że traktujemy wszystkich równo dlatego że nie mamy pomysłu na mechanizm który pozwoli nam odróżnić ludzi między sobą, zhierarhizować ich ddpowiednio do sytuacji. Takich systemów mieliśmy kilka - oparte na urodzeniu głównie, też stanie posiadania i wykonywanej pracy - ale wszystkie okazały się koniec końców kontrproduktywne.


Po drugie, może jest tak że wielkie masy tych którzy byli na dole w systemie nierówności lub którzy by tam wylądowali w razie wprowadzenia takiego systemu po prostu wymuszają system egalitarny - gdzieś tam majaczy groźba siły, przytłoczenia lepszych przez gorszych (w kazdej dziedzinie elity jest mniej niż reszty - to definicja elity). Zatem może to gorsze masy torpeduja wszelkie próby wprowadzenia merytokracji już na etapie mgliście zarysowanych projektów.

Dlaczego zatem gloryfikacja egalitaryzmu? Jaka korzyść? Jaka logika? Jakie funkcjonalne wyjaśnienie?

Oto moja hipoteza. Wróćmy na chwilę do myśli o kontrproduktywności systemów hierarchicznych. Może przyznanie równych praw aktywuje mechanizmy rynkowej alokacji dóbr i umożliwia w pewnych dziedzinach samoistne przesunięcie na czubek piramidy jednostek Lepszych, w globalnym bilansie kompensując szkody jakie powodują uprawnieni (empowered!) Gorsi?

Docent Manat

   

Drogi Docencie! Czy tez może raczej „wasza błyskotliwość”?. Z chęcią spróbuje wyjaśnić twoje wątpliwości, mimo iż opierasz je na najzupełniej fałszywych założeniach. O tym jednak później – zacznijmy od podstaw.

 

Dlaczego przyjmujemy systemy, które nazywasz egalitarnymi? Najprostszym argumentem będzie chyba ten ewolucyjny. Skoro sprawdziły się, działają w miarę sprawnie i w toku historii wyeliminowały systemy hierarchiczne, oznacza to ze dają żyjącym w nich ludziom największe szanse na przetrwanie. I tyle.

 

Rozprawmy się teraz z fałszywym założeniem, o którym wspominałem Systemem traktującym wszystkich ludzi jako równych sobie jest wyłącznie komunizm utopijny. Szczęśliwie ten projekt społeczny nigdy nie wyszedł poza poziom projektowania. Demokracja w modelu zachodnim nie zakłada powszechnego egalitaryzmu ( i dzięki bogom). Zakłada natomiast w miarę równe szanse dla wszystkich, co nie jest tożsame z równością wszystkich. Milczące zalodzenie, do którego nikt głośno się nie przyzna, jest takie, ze przy równym starcie jednostki same uformują się w piramidopodobną hierarchie. Ci na dole będą przerzucać gnój a ci najbardziej zdolni zapełnia złote pałace.

 

Jednakże nawet w poprzednim akapicie, wyjaśniając fałsz w założeniach szlachetnego Docenta nie uniknąłem podobnej choroby. Jakiś czas temu nasze społeczeństwa zorientowały się, bowiem ze równy start i równe szanse to tak samo utopijna mrzonka jak pełna równość dla wszystkich i zwycięstwo światowej rewolucji. Wiadomo przecież ze dziecko brazylijskiej faweli nie, bedzie miało takich samych szans jak wychowany na przedmieściach amerykańskiego miasteczka przedstawiciel klasy średniej. Zaczęto wiec na sile wyrównywać szanse niektórych. Parytety miejsc na uniwersytetach, progresywna skala podatkowa, język political correctness. Wprowadzamy takie i inne pomysły by wyrównać szanse. Przypomina to jednakże rozpaczliwe kopanie wieży, która już się przewraca. W efekcie nie stoi prosto a przewraca się po prostu w inna stronę.

 

Ludzie po prostu nie są równi. Niezależnie czy systemy społeczne fakt ten sankcjonują czy udają ze go nie zauważają. Musza go przyjąć, zbudowanie systemu, który zakładałby pełny egalitaryzm przypomina próbę narysowania koła gdzie Pi będzie wynosiło równo 3 bez tej denerwującej końcówki. Nie tyle uzyskamy koło krzywe, co nie uzyskamy go w ogóle.

Profesor Diugoń

21:50, dwublog
Link Komentarze (3) »
wtorek, 18 listopada 2008

Przeczytałem ostatnio, że w trosce o nasze zdrowie KE rozważa wprowadzenie poważnych ograniczeń mocy odtwarzaczy MP3. Z badań Niesłychanie Poważnej Grupy Naukowców wynika, że o ile ustawowo nie ściszymy naszej muzyki, 10 mln osób straci słuch w ciągu 5 lat. Jedyne wyjście to wprowadzanie kolejnych ograniczeń. Problem w tym, że lubię słuchać głośnej muzyki. Może przez to ostatnie lata swojego życia spędzę z mosiężna trąbka przystawioną do ucha, za to te wcześniejsze będą znacznie szczęśliwsze i nie życzę sobie żeby biurokraci w trosce o moje dobro próbowali mi to odebrać.

 

Odłóżmy na chwile na bok mój ogólnie nienajlepszy stosunek do przepisów. Faktem jest, że ilość aktów prawnych regulujących nasze życie rośnie z niesłychaną prędkością. Co za tym idzie rośnie też ilość zakazów nakazów i wytycznych. Słynne unijne krzywizny ogórka, planowany przez Finlandie całkowity zakaz sprzedaży tytoniu w ciągu 30 lat czy to, liczba działalności koncesjonowanych rosnąca w postępie geometrycznym. Kolejne zestawienia głupich przepisów coraz częściej krążą po Internecie. Rozumiem, że w modelu państwa opiekuńczego, urzędnicy czują się odpowiedzialni za coraz to nowy element naszego życia, ciekawe tylko czy wiedzą, że stoją na z góry straconej pozycji.

 

Chciałbym przypomnieć wszystkim proponującym wprowadzanie kolejnych regulacji o drugiej zasadzie termodynamiki. Ok, może to brzmi trochę absurdalnie, przyjrzyjmy się jednak troszeczkę głębiej. Dowolny układ dąży do stanu równowagi, w którym osiągnie maksymalną entropię. Entropia zawsze rośnie. Społeczeństwo to też układ (coś za często używam tego słowa, proszę nie wyciągać z tego wniosków, co do sympatii politycznych), co prawda w zupełnie innej skali, ale działający na podobnych zasadach. Wprowadzanie kolejnych przepisów w nadziei, że dzięki nim uporządkujemy chaos i wykujemy nowe wspaniałe zdrowe i bezpieczne społeczeństwo nie da nam absolutnie nic, z fizyką nie wygramy. Kolejne przepisy będą martwe albo egzekwowane losowo i przypadkowo (co będzie tylko powiększać entropie). Istnieje po prostu krytyczna granica, po przekroczeniu, której przepisy przeszkadzają w życiu zamiast pomagać i są po prostu ignorowane i nie egzekwowalne. Lepiej odpuścić i zając się rzeczami naprawdę ważnymi Np. odpowiednio głośnym słuchaniem Stones'ów.

 

Profesor Diugoń

Ciężko jest polemizować z poglądami które się samemu wyznaje. Ale ja, docent Manat, nie ulęknę się tej trudnej próby, podejmę naukową rękawicę!

Zacznijmy od tego, że w wywodzie mojego szanownego kolegi jest ukryte nawiązanie do koncepcji naprawiania obywateli niezależnie ich woli. Koncepcja stara jak świat, na bazie której z upodobaniem budował jeszcze stary cap Sokrates.

O ile z Sokratesem nie zgadzam się całkowicie, to idea ratowania obywateli przed nimi samymi jest mi dosyć bliska. I nie tylko dlatego, że pojedyńczy człowiek nie może wiedzieć wszystkiego, znać recepty na wszystko, dosięgać myślą wszystkich konsekwencji każdego swojego czynu. Ta idea jest mi bliska mniej przez wzgląd na jednostkę, a bardziej poprzez myśl o modelu społeczeństwa.

Chcę społeczeństwa w którym są mechanizmy zdolne powstrzymać mnie przed zrobieniem totalnej głupoty (poczynając od zostania imbecylem, bo moja rodzina wpoiła mi pogardę dla systemu szkolnictwa, poprzez ogłuchnięcie w wieku lat 50 bo wydawało mi się niemożliwym stracić słuch w efekcie wspaniałej muzyki i takiego drobiazgu jak +10 decybeli, aż do zostania bezdomnym lumpem na starość z powodu wiary, że starość to coś co się zdarza tylko ludziom starym, a jeśli już mi, to tylko dużo, dużo póżniej)

Społeczeństwo jest kolektywnym mózgiem zewnętrznym jednostki. Tak jak kiedyś ewolucja następowała na poziomie jednostek - szybciej ginęły te głupsze, które wcześniej ogłuchły na skutek siedzenia zbyt blisko paleolitycznego bębniarza - tak dziś ewolucja toczy się na poziomie społeczeństw - podupadną i wyginą te, które mniej wiedzy zdobędą i mniej swoich jednostek wtłoczą w stosowanie tej wiedzy.

Społeczeństwo, aby się rozwijać, musi informacje nie tylko zdobywać, ale też umieć przeforsować ich zastosowanie. Bo po co nam informacja, że od azbestu można dostać raka i wykorkować, jeśli nie usuniemy azbestu z życia naszych komórek społecznych - właśnie poprzez zakazy, nakazy i kontrolę (niestety tu nie ma co liczyć na dobrą wolę rozumnych jednostek).

Oczywiscie przy teorii ewolucji społecznej pojawia jeszcze kwestia niszy ekologicznej - w naszym ekosystemie niestety jest również nisza na społeczeństwa o modelu irańskim i syryjskim - ale to już temat na inną dyskusję.

Docent Manat

10:52, dwublog
Link Dodaj komentarz »